Hekate |
Wysłany: Pią 14:53, 18 Sty 2008 Temat postu: Marcellus |
|
Gruszka była słodka i tak dojrzała, że po chwili cały był umazany jej sokiem. Niecierpliwie wytarł twarz rękawem, a potem sięgnął po kolejny owoc, ostatni z przydziału. Skrzynie z prowiantem świeciły pustką, nie mieli już nic, poza ukradzionymi z sadu gruszkami, ale i one powoli zaczynały się kończyć. Co za różnica, pomyślał, przecież i tak wybiją nas do nogi. Dotarli do morza - ogromna płachta wody ciągnęła się hen, aż po horyzont - i nie mieli już dokąd uciekać. Poza tym byli tak zmęczeni, że nawet gdyby istniała jakaś realna szansa ratunku, to prawdopodobnie wcale by jej nie dostrzegli.
Pierwszy raz widział morze. Urodził się daleko na południu, w krainie skał i chłodu, łagodny klimat nizin był mu obcy. Wszystko, co tu widział, co czuł, miało posmak tajemnicy, interesujące wydawały się nawet pola z równo poustawianymi kopkami siana. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że sytuacja jego oddziału jest tragiczna, ale kiedy mówił sobie – to koniec! – wcale nie czuł złości. Być może dlatego, że był młody i głupi, przynajmniej tak tłumaczył to sobie Gregers, jego opiekun i dowódca. A może po prostu nie umiał się oszukiwać, on, prosty chłopak z gór, który nie przeczytał w życiu ani jednej książki. Wszystko przyjmował takim, jakim było; wzruszał ramionami, gdy ktoś wspominał, że najpewniej następnego dnia tamci sprowokują bitwę. Jesteśmy słabsi, więc przegramy, mówił. Szkoda czasu na niepotrzebne gdybanie.
Koledzy patrzyli na niego ze zgrozą, szczególnie ci wierzący, którzy wieczorami padali na twarz przed Panią Nieba. Najpierw namawiano go, żeby przyłączył się do wspólnych modlitw, ale gdy po raz kolejny stanowczo odmówił – dano spokój. Nigdy nie był zbyt towarzyski, więc nie przejął się zbytnio faktem, że jest niemile widziany w kręgu ognisk. Popasy spędzał samotnie, czasem tylko rozmawiał z Gregersem, najczęściej jednak wsłuchiwał się we własne myśli. Czekał. Inni czekali na cud, a on na koniec. I wcale nie widział w tym tragicznej ironii losu.
Trudno powiedzieć, kto pierwszy opowiedział historię o Marcellusie. W każdym razie on usłyszał ją pewnej nocy podczas warty, gdy nie było jeszcze mowy o wędrówce ku morzu. Stał w pewnej odległości od ogniska, przy którym siedziała grupa powstańców, ale słyszał każde słowo, opowieść bardzo go zaintrygowała. Nigdy by jednak nie pomyślał, że to właśnie pirat Marcellus stanie się dla przegrywających bohaterem narodowym, bojownikiem o wolność i sprawiedliwość.
- Marcellus jest już blisko – szeptano. – Zebrał armię i teraz wraca do Massanu, żeby zrobić porządek.
- Byle wytrzymać do sianokosów, Marcellusa tylko czekać! Mówią, że dwadzieścia lat rabował i teraz ma wystarczającą ilość dukatów, żeby sprowadzić najemne wojsko.
- Módl się za niego, Pani Nieba, bo w nim nasze ocalenie...
Nikt już nie śmiał głośno twierdzić, że Marcellus nie istnieje, a jego przygody, to bzdury wyssane z palca przez wędrownych minstrelów. Nawet zatwardziali realiści zaczęli karmić się pogłoskami, oni też potrzebowali nadziei. W końcu wybuchła zbiorowa histeria religijna; kraj pogrążył się w chaosie, który zamiast pomóc powstańcom kryjącym się w lasach, doprowadził do ich klęski. Rozruchy dały Namiestnikowi doskonały pretekst, żeby wreszcie rozprawić się z niepokornymi tubylcami.
Sięgnął po bukłak z wodą i pił chciwie, spłukując z gardła słodycz owoców. Nie odrywał wzroku od morza. Lśniło w słońcu i wcale nie wyglądało groźnie, zupełnie nie tak je sobie wyobrażał, dawno temu, gdy słuchał opowieści kupców, którzy odwiedzali jego rodzinną wioskę. Tamto morze było pełne potworów, nieokiełznane, szalone, a jednocześnie fascynujące, aż chciało się wskoczyć na pokład okrętu i popłynąć gdzieś daleko, może nawet na sam kraniec świata. To rzeczywiste, które pieniło się u jego stóp, przypominało raczej oswojonego psa, niż drapieżcę czatującego na ofiarę. Najwidoczniej, pomyślał, zawsze tak jest z opowieściami. Nie wolno sprawdzać, czy są prawdziwe, czy też nie, bo...
Myśl urwała się nagle, spłoszona krokami dowódcy. Gregers podszedł, ale nie powiedział ani słowa, chociaż na pewno zauważył Młodego rozciągniętego na piasku. Patrzył w morze, zupełnie jakby chciał je przewiercić wzrokiem na wskroś. A potem potrząsnął głową. I uśmiechnął się jak człowiek, który nie ma już żadnych wątpliwości.
- Nie przypłynie – Młody drgnął i z niedowierzaniem zerknął na swojego dowódcę. Gregers mocno stąpał po ziemi i trudno go było otumanić legendą, a mimo to również wierzył w Marcellusa. Czyżby nagle zmienił zdanie? – Już dzisiaj nie przypłynie – nadzieja rozpadła się na kawałki. – Za słaby wiatr.
... bo gdyby nawet były fałszywe, to ludzie i tak nie zwrócą na to uwagi.
Nie nawiązał rozmowy, Gregers zresztą wcale tego nie oczekiwał. Trudno powiedzieć dlaczego w ogóle podszedł – być może zadziałał instynkt, chęć zadania bólu. Młody był jak cierń w stopie i chociaż dowódca szanował go i lubił na swój sposób, to jednak przede wszystkim nienawidził jego absolutnej niezdolności do samoułudy. Nieświadomie próbował przeciągnąć go na swoją stronę, stronę opowieści, a gdy mu się to nie udawało, zadowalał się drobnymi ukłuciami. Takimi jak te słowa, które budziły nadzieję, żeby chwilę później pogrzebać ją w gorącym, nadmorskim piasku.
Gdyby nie wierzyli, mogliby jeszcze walczyć, myśli toczyły się niespiesznie, grzęznąc w upale. Beznadziejna walka jest tak samo dobra jak każda inna.
A jeżeli ktoś nie chce walczyć...?
Przetarł oczy, kleiły się od snu, któremu nie chciał się poddać. Chmury nad jego głową układały się przedziwne esy-floresy, ale on dobrze wiedział, że to nie żadna przepowiednia, tylko zwykłe wypryski nieba. Wtedy usłyszał śpiew. Wzywano do modlitwy, bo ktoś dostrzegł w obłokach kształt okrętu.
Hymny popłynęły w górę jak dym ofiarnego stosu.
*
- Jagoda...?
Alternatywa rozpłynęła się w krokach, słyszała je teraz wyraźnie, tak wyraźnie, że w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na głos, który wypowiedział jej imię. Patrzyła pod nogi, żeby się nie przewrócić i nie wylądować na bruku – było ślisko, śnieg roztopił się tylko po to, żeby kilka godzin później znowu zastygnąć w lodową skorupę. W swoich lekkich butach, które nijak się miały do warunków atmosferycznych, czuła się jak tancerz na linie. Każdy nieostrożny ruch groził katastrofą.
- Jagoda!
Tym razem nie mogła mieć już wątpliwości, ktoś ją wołał i nie zamierzał dać za wygraną. Zamrugała, żeby odpędzić od siebie słoneczne iskry tańczące wśród fal – obrazek cokolwiek tandetny, ale i nie pozbawiony uroku – i przystanęła, przytrzymując się słupa reklamowego.
- No, już myślałem, że cię nie dogonię! – w pierwszej chwili go nie poznała. Dopiero, gdy się zaśmiał, a śmiech miał bardzo charakterystyczny, coś zaskoczyło w pamięci i zrozumiała, że ma przed sobą kolegę z liceum, Zygmunta. Nie widziała go od czterech lat, czyli od czasu, gdy poszła na studia, i – prawdę mówiąc – niespecjalnie tęskniła. To przypadkowe spotkanie było jej potrzebne jak grypa w święta, szczególnie, że odrywało ją od Alternatywy. Było już jednak za późno na ucieczkę, lód plątał nogi lepiej od jakiegokolwiek napoju z procentami. – Nie poznajesz mnie?
- Poznaję – odparła szybko. – Co słychać?
Najgłupsze pytanie pod słońcem, wyprane z emocji; mówienie dla mówienia, zabarwione absolutnym brakiem zainteresowania. Uśmiechnęła się mimowolnie, absurd był zbyt porażający.
- Chińczyki trzymają się mocno – wzruszył ramionami. – Cztery lata w dwóch zdaniach, to dość trudne zadanie arytmetyczne. Nawet dla mnie.
Nie lubiła go, gdy byli w liceum, być może dlatego, że mieli dużo cech wspólnych. Ten sam silnie rozbudowany egocentryzm, to samo podejście do świata, jakby był nieistotnym dodatkiem wartym funta kłaków. Różnica tkwiła w masce – Jagoda wkładała ją chętnie, dla świętego spokoju, Zygmunt natomiast nawet nie starał się udawać. Jestem jaki jestem, twierdził, i jeżeli tego nie przyjmiesz do wiadomości, to możesz się wypchać i postawić na parapecie! Co ciekawe, innych to nie odstraszało, wręcz przeciwnie, natomiast Jagoda ograniczała się do towarzystwa trójki, czwórki przyjaciół i zawsze pozostawała na uboczu. Najczęściej z własnej woli. Alternatywa była przecież o wiele ciekawsza od rzeczywistości.
Buty Jagody zaczęły przeciekać, zbyt cienka podeszwa nie wytrzymała starcia z niespodziankami styczniowej aury. Prawdopodobnie dlatego, właśnie przez buty, dziewczyna przyjęła zaproszenie na kawę. Które, jeśli już o tym mowa, szybko zmieniło się w zaproszenie na grzane piwo, chociaż dochodziła dopiero czternasta, pora sprzyjająca raczej kofeinowym, niż alkoholowym ucztom. Czuła się dziwnie i niezręcznie, maszerując u boku człowieka, z którym zamieniła w życiu może ze cztery zdania, z czego trzy były sarkastyczne. Ale z drugiej strony... naprawdę miała ochotę na piwo. I właściwie nigdzie się nie spieszyła.
- Może Cafe Fajka? – zaproponowała, gdy zapytał o przyjemną knajpkę; studiował we Wrocławiu, w Toruniu bywał rzadko, więc nie orientował się w zawiłościach pubowej topografii. – Tureckie klimaty, dużo piszczałek i siedziska z poduch. Bywam tam od czasu do czasu.
- Niechaj będzie pochwalona przenajświętsza Nirvana! – parsknął. – Pasuje mi do nastroju – dodał po chwili. – To jak naćpana dymem apokalipsa.
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem, ale nie skomentowała. Zresztą musiała przecież uważać na lodowisko, w które zamieniła się ulica, wolała nie przekonywać się empirycznie jak będzie wyglądać płaszcz po bliskim kontakcie z zamarzniętą breją.
- Cieszę się, że cię spotkałem – Zygmunt nie umiał milczeć zbyt długo. – Miałem ochotę pogadać z kimś całkowicie... neutralnym.
- Neutralnym? – skrzywiła się nieznacznie. – To jak termin z gry komputerowej!
- Z kimś, kto nie będzie mnie przekonywać, że nie mam racji – wyjaśnił, czy może raczej zawikłał jeszcze bardziej. – Zresztą poczekaj, najpierw muszę się napić, wyższe poziomy abstrakcji nie otwierają się przed trzeźwymi.
Ten uśmiech nie był szczery, chociaż Zygmunt chyba nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Jagoda pomyślała, że to bardzo zły pomysł, że powinna natychmiast wymyślić jakiś sensowny pretekst i skręcić w pierwszą boczną uliczkę, albo wejść do Empiku, który właśnie wyłonił się zza zakrętu. Nie mogła się jednak zdecydować na żaden unik, bo w gruncie rzeczy wiedziała, co Zygmunt ma na myśli.
Porozmawiać z kimś, kto jest neutralny.
Komu jest się całkowicie obojętnym.
To trochę jak zza szkła komputera, gdy nie wiadomo, kto siedzi po drugiej stronie, ale mówi się wszystko, aż do dna. Bo przecież zawsze można odpukać, zacisnąć palce w krzyżyk za plecami i oświadczyć, że te zdania, wypluwane z gorączkowym pośpiechem, to fikcja literacka. Ucieczka w fikcję niczym nie grozi, najwyżej bólem głowy i kacem moralnym. A zresztą jakie to ma znaczenie, skoro i tak nikogo nie obchodzi, gdzie przebiega granica między prawdą, a ułudą?
Schodki prowadzące do knajpki były lodową pułapką, jakby ktoś specjalnie polał je wodą, licząc na mróz. Nacisnęła klamkę, nie, właściwie runęła na nią, na drzwi, jakby były ostatnią deską ratunku. W środku pachniało dymem i baśnią, tą jedną, przypadkiem dołączoną do tysiąca.
*
Ktoś czaił się w krzakach, które gęstym pasem oplatały plażę. Młody słyszał szelesty – zwiadowca musiał być niedoświadczony, nie panował nad ciałem, a do tego nie potrafił zastygnąć w bezruchu na dłużej niż pięć minut. Musieli być bardzo pewni siebie, skoro zdecydowali się wysłać na przeszpiegi żółtodzioba; może w ten sposób miał się sprawdzić, zdać egzamin praktyczny...? Młody nie chciał go zabijać, nie miałoby to zresztą większego sensu, skoro i tak następnego dnia planowano bitwę. Właściwie czuł do nieznajomego tylko sympatię i z trudem się powstrzymywał, żeby nie podejść do niego i nie poczęstować go gorącym naparem z liści mięty. Noce nad morzem bywały chłodne, wilgotny ziąb przenikał aż do szpiku kości, a w krzakach musiało być jeszcze gorzej.
Już nie śpiewali, zawodzenia umilkły, nawet cienki, przeszywający głos kapłana urwał się w końcu, ustępując miejsca ciszy. Nikt jednak nie spał, chociaż powstańcy leżeli dookoła ognisk opatuleni w koce i własne kurtki. Lęk przed tym, co przyniosą następne godziny, uniemożliwiał odpoczynek. Młody pomyślał, że gdyby dało się zobaczyć ludzkie emocje, to prawdopodobnie całe obozowisko pełne byłoby najwymyślniejszych potworów, krwiożerczych bestii z długimi zębami i widmowych niewiast, które zwykle zwiastowały nieszczęścia. Ale nie tylko. Pośród tego przerażającego bestiarium wiłaby się z całą pewnością smuga nadziei, potężna i jasna, otaczając wszystkich ludzi czymś na kształt pajęczej sieci. Byli jak tłuste muchy, na które czatuje pająk. Sieć wysysała z nich soki życiowe i zawężała pole manewru.
Tym razem szelest był bliższy. Zwiadowca najwyraźniej zamierzał dostać się w obręb obozowiska, peryferie przestały mu wystarczać. Młody udawał, że niczego nie słyszy, ze spokojem pił swoje zioła i wpatrywał się w ogień. W rzeczywistości jednak łowił każdy niepokojący trzask gałęzi, gotując się do skoku – sympatia sympatią, ale Gregers z całą pewnością nie ucieszyłby się, gdyby w pobliżu swojego legowiska zastał szpiega. Taka sytuacja mogłaby się skończyć poważnym konfliktem, jeśli nie po prostu mordobiciem. Dlatego nie można było do niej dopuścić.
Gdy wyczuł odpowiedni moment, zerwał się z miejsca i błyskawicznie skoczył w kierunku krzaków. Nie wyciągnął broni. Po prostu przygniótł zwiadowcę do ziemi, zanim tamten zdążył się zorientować, że coś jest nie w porządku. Refleks miał tak samo kiepski, jak koordynację ruchów, wystarczyła minuta, żeby całkowicie go spacyfikować. Zaskoczenie odebrało mu rozum, nie był w stanie kontratakować, a zresztą w starciu z masywnym Młodym i tak nie miałby większych szans. Powstaniec podniósł go bez większego trudu, jak worek ziemniaków, i przetransportował w pobliże ogniska.
Nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat. Prawdopodobnie po raz pierwszy brał udział w wojnie i nie do końca zdawał sobie sprawę z jej niebezpieczeństw – chciał uchodzić za nieustraszonego junaka, ale w gruncie rzeczy był tylko chłopaczkiem, który tęskni za domem i przynosi oficerom wodę ze studni. W burych oczach, trochę podobnych do oczu kundla proszącego o kawał mięsa, czaił się strach.
I ciekawość.
- Jeśli obiecasz, że nie zrobisz niczego głupiego, to cię nie zwiążę – powiedział Młody. Nie musiał nawet ściszać głosu, jego ognisko, niewielkie, ale wystarczające jak na potrzeby jednego człowieka, znajdowało się na samym krańcu obozu, daleko od legowisk pozostałych powstańców.
Zwiadowca łypnął podejrzliwie, jakby wietrzył podstęp. Kalkulował coś przez moment – prawdopodobnie zastanawiał się jakie ma szanse na ucieczkę – a potem powoli skinął głową. Prawdopodobieństwo, że udałoby mu skoczyć w krzaki i zniknąć w mroku, było naprawdę znikome. Musiał sobie z tego zdawać sprawę.
- Lubisz napar z mięty? – Młody nie wymagał potwierdzenia, po prostu podgrzał wodę i wlał ją do kubka. Potem wrzucił liście, które zerwał krótko przed zmierzchem i rozgniótł je łyżką. W gruncie rzeczy napój był naprawdę paskudny, ale to nie miało znaczenia. Szczególnie, gdy dodało się wódki.
- Ohyda – chłopak skrzywił się już po pierwszym łyku. – Mięta z wódką? Już wiem – parsknął. – Zamierzasz mnie otruć.
Młody uśmiechnął się lekko.
- Jasne – odparł. – Przejrzałeś mnie na wylot.
Zwiadowca mówił z akcentem charakterystycznym dla mieszkańców stolicy; wiele wskazywało, że jest synem któregoś z możnowładców sprzyjających Namiestnikowi. Młody mylił się, sądząc, że ma do czynienia z pierwszym lepszym chłopcem na posyłki. Nawet ubranie, kurtka ze skóry i spodnie szyte z grubego płótna, leżały tym dzieciaku tak, jakby przed chwilą wyszedł z pracowni krawca.
Mimo narzekań wypił napar do dna. Musiał porządnie zmarznąć. Dopiero wódka, której – w przeciwieństwie do jedzenia – powstańcy mieli pod dostatkiem, rozgrzała go i dodała energii. Nie widział, albo udawał, że nie widzi niczego dziwnego w sytuacji, w której się znalazł. Już się nie bał, a przynajmniej nie tak bardzo jak na początku, natomiast ciekawość zwielokrotniła się, skutecznie tłumiąc inne uczucia.
- Nie przekażesz mnie dowódcy? – zapytał w końcu. Młody wyjął z jego rąk kubek, miał tylko jeden, rzadko odwiedzali go przyjaciele, i zrobił sobie kolejnej herbaty.
Wzruszył ramionami.
- Po co?
- A bo ja wiem? – mruknął tamten. – Może po to, żeby mnie wymienić na kogoś z waszych? Albo żeby zapobiec walnej rozprawie...?
- Taki jesteś ważny, że zrezygnują dla ciebie z bitwy, której nie mogą nie wygrać? – Młody znowu się uśmiechnął, tym razem z pobłażaniem. – Bardzo wątpię.
Naburmuszył się jak maluch, któremu właśnie odebrano drewnianego konika.
- Pewnie, że jestem ważny – wyjaśnił z wyższością. – Nawet nie wiesz jak bardzo! A tobie chyba całkiem pomieszało się we łbie, skoro o własnej klęsce mówisz, jakby cię w ogóle nie obchodziła. Nic dziwnego, że przegrywacie, skoro nawet nie wierzycie, że mogłoby być inaczej...! Nawiasem mówiąc, nie mogłoby. Ale nie zaszkodziłoby przynajmniej spróbować.
- Wolałbym, żeby po prostu przyznali się do porażki – powiedział Młody, bardziej do siebie, niż do zwiadowcy. Potem dołożył drewek; znowu buchnął ogień, otaczając ich przyjemnym, ciepłym kokonem. – Lepsza uczciwa porażka, niż... – urwał.
- Marcellus – chłopak wyszczerzył zęby. Był bystry, nadspodziewanie bystry. – Słyszałem co o nim mówią. Same bzdury! To tak, jakby topić kocięta w różanej wodzie.
Tym razem Młody nie umiał ukryć zdziwienia. Zwiadowca trafił w sedno. Perfumowana woda zawsze pozostaje wodą, ale jest coś uwłaczającego w fakcie, że śmierć, zamiast śmierdzieć krwią, pachnie różami. Szkoda, że bardzo niewielu myśli o tym w taki sposób.
A może to wcale nie jest nastoletni zwiadowca? Może to...
- Nie patrz tak na mnie – chłopak usadowił się wygodnie, jakby siedział nie na kocu, rzuconym wprost na gołą ziemię, a na kanapie. – To nie moja wina, że nie docierają do ciebie subtelne metafory. Miałem na myśli...
- Wiem – przerwał mu szorstko. – Dobrze wiem, o co ci chodzi.
Niezależnie od tego, kim naprawdę był dzieciak wyciągający właśnie ręce do ognia, Młody postanowił przetrzymać go aż do świtu. A potem puścić. Niech idzie, gdzie chce i robi, co mu się podoba, nawet, jeżeli miałby podczas bitwy stanąć w pierwszym szeregu armii Namiestnika.
Coś mu jednak mówiło, że tak się nie stanie.
*
Zawiesina między-między, trochę drożdży, trochę spirytusu i gdzieniegdzie bita śmietana, słodka i kleista jak zapach arabskich perfum. Gdyby tak można było wniknąć w hafty poduszek, też arabskich, a może tureckich, czort jeden wie, gdyby można było po prostu przestać myśleć! Ale nie można, koniec, początek, koniec, z fajki wodnej wyfruwa widmowy okręt i zastyga nad głową zupełnie jak aureola. Maleńkie wiosła uderzają powietrze, tłuką je na miazgę, a potem dosypują minut, dawno przeterminowanych i białych od pleśni. Ster kręci się w kółko, kompas, nagle wypuszczony z rąk, rozbija się o deski pokładu...
- Teraz twoja kolej – powiedziała stanowczo. Grzane piwo prawie wystygło; mówiła długo, chyba z godzinę, a Zygmunt jej nie przerywał. Gdyby zauważyła, że się nudzi, albo po prostu ma dosyć – przyglądała mu się przecież bardzo uważnie! - to z całą pewnością urwałaby w pół słowa i zamaskowała wszystko ironią. On jednak nie wyglądał na zmęczonego, wręcz przeciwnie. Alternatywa musiała go zaintrygować.
Przez chwilę pykał w milczeniu fajkę.
- Ja nie ubieram tego w kolorowe fatałaszki – powiedział w końcu. – Po prostu... – urwał. - Wiesz, że codziennie rano muszę wypić dwa kieliszki wódki, żeby zacząć normalnie funkcjonować? Między pobudką, a prysznicem, trochę jak mycie zębów. Najśmieszniejsze, że gdy to sobie uświadamiam, czuję dziką satysfakcję, jakby znowu udało mi się kogoś oszukać...
- Absurdalne – stwierdziła. – Absurdalne, chociaż nie pozbawione pewnego uroku. Niestety zupełnie nie na czasie.
- Racja – zgodził się. – Ale czy umiałabyś sobie wyobrazić mnie w jakimś przeszklonym biurowcu, z teczuszką i służbowym laptopem? Albo w Irlandii na zmywaku? No właśnie – zarejestrował jej powątpiewające spojrzenie. - To jest chyba jeszcze bardziej absurdalne.
Teraz ona zaciągnęła się dymem, siwa smuga na chwilę przytłumiła pozostałe kolory. Fajka smakowała kokosem, przynajmniej teoretycznie, bo tak naprawdę po prostu fajką; wszystkie smaki można w końcu sprowadzić do wspólnego mianownika.
Czy jej się wydawało, czy smuga dymu naprawdę przypominała piracki okręt...?
To taki przedkoniec, który wcale nie zapowiada finału, tylko długie i całkowicie bezowocne czekanie. Za mgłą kolejna mgła, i kolejna, i kolejna... Już wydaje się, że widać jakieś kontury, może zarysy celu, ale to nie cel, tylko półśrodek, tak samo bezwartościowy jak papierowe żagle, albo wiosła z masy cukrowej. Gdyby tak można było skupić się na tym, co istnieje naprawdę, tak blisko, wystarczyłoby tylko wyciągnąć rękę, żeby zamoczyć ją w morzu. Oblizać palce białe od soli. Odetchnąć wilgotnym powietrzem. Coś jednak odsuwa i szepcze, żeby nie dotykać, bo to jest tylko prawdziwe, a prawda nigdy nie dorówna dobrym opowieściom.
- Ja nie umiem uciec w Alternatywę – powiedział bez złości. – Bo moja Alternatywa jest tutaj, nawet teraz. To też jest jakaś metoda, chociaż być może nie tak bizantyjska jak twoja.
Spodobało jej się to określenie.
- Krańcowość zawsze ocieka złotem – mruknęła, zupełnie niechcąco konstruując sentencję. – Te wszystkie kadzielnice, płatki róż... Albo jak wolisz zadymiony lokal, drinki z palemkami i pseudomodernistyczna maniera, którą uwielbiasz. Problem w tym, że nie da się w ten sposób długo funkcjonować.
- I dlatego, to takie pociągające – uśmiechnął się, tym razem chyba szczerze. – Wszystko wydaje się wtedy o wiele prostsze.
Kłamiesz. W teoriach są dziury, czasami przestrzeń między słowami zawiera w sobie więcej, niż żołądek herosa, pożeracza ciał kosmicznych. Gdyby faktycznie było tak prosto i przyjemnie, to nie siedziałbyś tu teraz i nie piłbyś całkiem zimnego grzanego piwa, w którym zdychają ostatnie goździki. Wirują jak oszalałe, nie mogę patrzeć na ten koszmarny taniec, a jednak nie odwracam wzroku. Lepkiego, zupełnie jak sok z malin, który czerwieni się jeszcze na dnie pokala. Pewnie siedziałbyś teraz gdzieś pod palmą, w końcu masz bogatych rodziców, i nie musiałbyś się przejmować żadną krańcowością. Nawet, gdyby zatańczyła przed tobą kankana ze szpagatem na końcu, albo posuwistego poloneza rodem z gombrowiczowskiego dworku-widma. Tylko to trudne, wiesz? Trudno wprowadzić się w ruch wirowy i uwierzyć, że stały ląd, to tylko wymysł ludzi płaskich jak dno kościelnej kaplicy. Dlatego jesteś. Właśnie ze mną. Bo ja nie wierzę, a jednak nadal kręcę się w kółko.
- Nie przypłynie, prawda?
- Kto? – nie zrozumiała.
- Marcellus.
Patrzył na nią z taką nadzieją, że przez chwilę miała ochotę powiedzieć – tak, jasne, że przypłynie, albo: nie, przecież Marcellus, to tylko wytwór ludowej wyobraźni! W końcu jednak nie powiedziała nic. Maleńki okręt znowu wyłonił się z dymu, żeby po krótkiej chwili rozpłynąć się w oddechach.
Tak było uczciwiej. I o wiele, o wiele trudniej.
*
To zwiadowca zaproponował, żeby przenieśli się na plażę. Niebo już jaśniało, było teraz ciemnoszare, burzliwe i przypominało morze, które kiedyś wyobrażał sobie Młody – pełne potworów, sztormów i pirackich brygów. Gdy szli w kierunku piaszczystej wydmy, bo tam postanowili doczekać świtu, patrzył w górę, zastanawiając się, czy ktoś przypadkiem nie odwrócił świata do góry nogami. Ot, ze zwykłej złośliwości, albo zgodnie z Boskim Planem, którego i tak nie mógłby pojąć żaden z żyjących.
Gdzie w takim razie zaświeci słońce? Nad głową, czy pod stopami...?
- Za dużo myślisz – skrzywił się zwiadowca, gdy usiedli wreszcie na piasku. – I to jest twój podstawowy problem.
- A ty za dużo gadasz – odciął się Młody, zupełnie odruchowo.
- Całe szczęście niedługo wstanie dzień i nie będziesz się musiał dłużej przejmować moją elokwencją – zwiadowca uśmiechnął się szeroko. – Dziwni jesteście, wy... – zawahał się. – Powstańcy. Dziwni, ale przez to interesujący. Nie sądziłem, że kiedyś to powiem.
- To dlatego nie uciekłeś? – Młodego nurtowało wiele innych spraw, na przykład jakim cudem nikt się nie obudził, gdy przechodzili w pobliżu obozu? Jak to możliwe, że w ogóle spali, tuż przed bitwą...? Nie odważył się jednak o to zapytać.
- Przecież mnie pilnujesz, no nie? – chłopak odpowiedział pytaniem. – A ja nie jestem samobójcą. Bardzo lubię swoje życie, jest dokładnie takie, jak trzeba. Poza tym, gdy wreszcie wrócę do swoich, to będę mógł wszystkim opowiadać, jakie to straszne chwile przeżyłem w niewoli i jak się bohatersko uwolniłem, mordując przy okazji czterdziestu ludzi Gregersa.
Czuło się zbliżający świt. Powietrze pęczniało od słońca, które już-już miało przebić kokon i wydostać się na powierzchnię. Wszystko zastygło w oczekiwaniu, wpadło w dziwny letarg - nawet ptaki, jeszcze przed chwilą rozkrzyczane i gotowe na przyjęcie dnia, przerwały koncert i pochowały się między gałązkami krzewów.
I wtedy Młody coś zobaczył. Było szaro, poranna mgła mamiła oczy, ale był pewien, całkowicie pewien, że to okręt. Ten, na który tak długo wszyscy czekali.
- Wiesz – między brwiami zwiadowcy pojawiła się nagle zmarszczka namysłu. Patrzył w tym samym kierunku, nie odrywał wzroku od ciemnego kształtu, majaczącego na horyzoncie. – Gdybyś teraz obudził resztę... Moglibyście rozpalić wielkie ognisko. Albo wiele, wiele ognisk. Wtedy, być może, ten okręt podpłynąłby bliżej.
Młody nawet nie drgnął. Wysysał wzrokiem ciemną plamkę, coraz wyraźniejszą, bo słońce wreszcie wyłoniło się z fal, ale nie reagował. Jakby wcale nie słyszał głosu towarzysza.
- Ale ty tego nie zrobisz – ciągnął tamten. – Pozwolisz mu odpłynąć. W końcu... w końcu to może być po prostu kupiecki statek, który przewozi kury, to nawet bardziej prawdopodobne...
Ptaki znowu się rozćwierkały, jakby zły czar prysnął.
- To nie jest kupiecki statek – powiedział zwiadowca. Nie patrzył już w dal, teraz przewiercał spojrzeniem powstańca. – Kłamałem, gdy mówiłem, że Marcellus nie istnieje.
Młody odetchnął głęboko, wciągając do płuc świeże, morskie powietrze.
- Wiem – odparł ze smutkiem.
koniec |
|